10 sierpnia

4 dni, 5 miejsc - urlop śladami dizajnu



To, że urlop spędzimy na zwiedzaniu miejsc związanych ze sztuką użytkową, było dla nas oczywiste. Nawet nie musieliśmy tego omawiać, po prostu wiedzieliśmy, gdzie nas nogi poniosą :) Coby nie przedłużać, bo post i tak będzie długi, zaczniemy od...

1. Wystawy "Czechosłowacki dizajn. Od Expo 1958 do inwazji 1968", prezentowanej w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Warszawa przywitała nas 36 (!) stopniami, ale prawdziwie ciśnienie podniosły mi dopiero wszystkie te eksponaty, na widok których chciało mi się płakać i piszczeć jednocześnie. No tak, do wyważenia mi daleko :D Na początku dodam jeszcze, że mamy zdjęcia wszystkich, ale to wszystkich eksponatów i tabliczek z miejsc, które odwiedziliśmy. Nie chcemy jednak zdradzać wszystkich tajemnic, a jedynie zachęcić Was do ich odwiedzenia... :)
Gotowi?

Ula: Co ja się będę rozwodzić :) Każdy, kto mnie zna, wie o mojej miłości do Czech. I do lat sześćdziesiątych. I do sztuki użytkowej. Ta wystawa połączyła wszystkie te trzy czynniki, więc wpadłam jak śliwka w kompot. Mogłabym stamtąd nie wychodzić. Godzinami patrzyłabym na tę sukienkę z celulozy, cudnie minimalistyczne, kanciaste żelazko, żółtą konewkę i ten fotel, o którym nawet nie chcę sobie przypominać, bo zaraz znowu zacznę piszczeć (sic!).

Bartek: Ta wystawa od dawna była naszym głównym celem. Posiadamy trochę mebli i innych przedmiotów, które powstały za sprawa naszych południowych sąsiadów, więc prześledzenie rozwoju wzornictwa w Czechosłowacji było dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem. Muszę jednak przyznać, że pozostał mi pewien niedosyt - miałem nadzieję, że eksponatów będzie trochę więcej, zwłaszcza w zakresie mebli. Oczywiście wystawa skupiła się na historii trendu i jest obrazowana ikonami tamtejszego wzornictwa, ale jednak, chciałoby się zobaczyć więcej.





























2. Drugiego dnia pobytu w Warszawie odwiedziliśmy Muzeum Czar PRL. Cudne miejsce, w którym pełno przedmiotów użytku codziennego. Niektóre z nich pamiętam jeszcze z własnego domu, ale z miażdżącą większością miałam styczność po raz pierwszy w życiu.

Ula: Klimat muzeum - 10/10. Czujesz, jakbyś weszła/wszedł do czyjegoś domu. Słyszysz muzykę z adaptera, gdzieś w tle szumi nienastrojony telewizor. Na sznurku wiszą rolki szarego papieru toaletowego, na ścianie wisi portret Gomułki, a w tym wszystkim dumnie leżą plastikowe owoce w kryształowej paterze. Ilość bodźców powala, ale podsunęła mi też zupełnie niespodziewaną refleksję - życie w PRL-u musiało być... Smutne. Nijakie. Powtarzalne.

Bartek: Muzeum niewielkie, ale z całą pewnością warte odwiedzenia. Dużo eksponatów na małej przestrzeni, zarówno przedmiotów użytku codziennego, mebli, plakatów i innych ciekawostek, a to wszystko okraszone opisami z odrobiną historii. W moim odczuciu ta wystawa bardzo dobrze pokazuje jak żyło się w tamtych czasach. Wzornictwo i sztuka użytkowa tamtego okresu pozostawiły wiele przedmiotów wyjątkowych, o ponadczasowej stylistyce, dlatego patrząc na PRL pod tym kątem łatwo zapomnieć o kontekście oraz o tym, że projekty te nie powstawały w próżni.


























3. Neon Muzeum. To miejsce mówi samo za siebie. Absolutnie cudny klimat i pozostaje tylko żal, że te neony nie zdobią już ulic miast... A ile z nich pocięto i zezłomowano...?

Ula: Fantastyczne miejsce, zdecydowanie warte odwiedzenia. Czapki z głów dla osób, które podjęły się misji ratowania starych neonów i utworzenia dedykowanego im muzeum. Chciałabym mieć każdy jeden u siebie w domu. Tak właściwie posiadanie neonu jest od dawna naszym marzeniem :) Stałam wpatrzona w szklane rurki wypełnione gazem jak zaczarowana. I pozostaje tylko żal, że dzisiejsze szyldy to najczęściej ledowe kebaby, pożyczki i apteki. A kiedyś? Neony projektowali architekci i graficy, stąd ich wyrafinowane formy i kształty. Miały one pełnić funkcję informacyjną, a z czasem stawały się punktami orientacyjnymi w miastach. Pomyślcie tylko, jak cudnie musiało wyglądać oświetlone neonami miasto nocą... Wśród całej tej przaśności życia codziennego.

Bartek: Nic dodać, nic ująć. Cieszy fakt, że jest miejsce, w którym można jeszcze zobaczyć neony które kiedyś zdobiły ulice polskich miast. Szkoda, że te neony, które jeszcze ostały się na budynkach najczęściej niszczeją lub są zastępowane współczesnymi reklamami.








4. Pora na Kazimierz Dolny i Galerię 57. Czyli budynek z wapienia, pełen pozytywnej, wintydżowej energii. W dużej mierze za sprawą jego właściciela, pana Darka - pozdrawiamy! :) Znajdziecie tam przedmioty i meble zarówno z epoki (jak np. fotele 366, szkła pani Trzewik-Drost, węgierski stolik pod telewizor), jak i elementy wystroju wnętrz tworzone własnoręcznie (np. lampa z gałęzi drzewa rosnącego nieopodal Galerii, połączona ze szklanym kloszem z PRL-u). Dzieje się tam całkiem dużo, musicie zajrzeć :)

Ula: Od razu po przekroczeniu progu Galerii widzisz dwa fotele 366. Jednak to nie one zagrały tu pierwsze skrzypce. To udało się stojącemu w głębi krzesłu pani Marii Chomentowskiej, na które choruję od dawna i które zobaczyłam w Galerii 57 po raz pierwszy na własne oczy. I zakochałam się ponownie... :) Pan Darek samodzielnie odnawiał to krzesło, uzupełniając fornir na oparciu i siedzisku - robota wykonana na celujący z plusem. Chapeau bas! A na szkła poustawiane kolorystycznie pod oknami mogłabym patrzeć bez końca...

Bartek: No tak, krzesło stolarskie p. Chomentowskiej także skupiło moją uwagę, ale na wzmiankę zasługują także świetnie skomponowane kolorystycznie ekspozycje szkła i różnorakich bibelotów, oraz szereg mebli zmodyfikowanych lub autorskich. Na pewno jest to miejsce warte odwiedzenia nie tylko przez miłośników wzornictwa lat 60, ale także kolekcjonerów i zbieraczy rzeczy wyjątkowych, z duszą.





 














5. Lublin i Gastrobar Heban, otwarty w miejscu dawnego sklepu meblowego, działającego przy Chopina 4a od lat 50. Co ciekawe, każdy mebel w Hebanie można... Kupić :) A to za sprawą Drewnianej Kamienicy (lubelskiej firmy, zajmującej się renowacją starych mebli), która zaopatruje Heban w projekty zarówno polskie, jak i zagraniczne. Projekty, oczywiście, z interesującej nas epoki :) My wybraliśmy dla siebie stolik przy oknie, z fotelami Mieczysława Puchały. To był nasz pierwszy raz z, pieszczotliwie nazwanymi, "puchałkami" :)

Ula: Zachwyciłam się już po przekroczeniu progu. Obeszłam cały lokal i nie mogłam zdecydować się, przy którym stoliku usiąść! To pierwszy lokal urządzony w stylu lat 60., w jakim byłam. I nie sądzę, żeby jakikolwiek inny gastrobar ( ;) ) szybko go przebił, bo stężenie dizajnu i wintydżu na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych jest oszałamiające.

Bartek: Cieszę się, że starczyło nam czasu na odwiedzenie tego "gasrobaru" (przyznam, że to słowo brzmi troszkę dziwnie-ale nie o nomenklaturę tu chodzi). Heban prezentuje bardzo fajną receptę na biznes- wnętrze, które tworzy jest jedyne w swoim rodzaju, a do tego pomaga promować wzornictwo z lat 60-tych.










Zwróćcie uwagę na ladę - jej front jest zrobiony ze... Starych blatów i drzwi od szaf. Wygląda to fenomenalnie i przez chwilę zastanawialiśmy się, czy tym samym sposobem nie zrobić frontów szafek w naszej kuchni... ;)






Trochę dizajnu "liznął" nawet mój podróżniczy plecak - spoczął na fotelu B-310 VAR :)



Przy każdym stoliku w Hebanie można w coś pograć. My trafiliśmy na talię kart, na innym stały szachy, na jeszcze innym - mastermind :)











Ta komoda!!











To jak, zachęceni do zwiedzania śladami dizajnu? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Zróbmy sobie dizajn! , Blogger